Jan Kuma nie żyje!

JAN KUMA (1921 – 2018)

Smutna informacja do nas dotarła w przeddzień Dnia Wszystkich Świętych. Jan Kuma nie żyje! Przykład autentycznego patrioty i szlachetnego człowieka. Jednego z ostatnich uczestników Akcji „Most III”.
Urodził się 29 X 1921 roku w Przybysławicach. Tu spędził dzieciństwo i młodość. Za działalność konspiracyjną i przynależność do Armii Krajowej, był bezwzględnie prześladowany i szykanowany przez rejonową bezpiekę. Aby ratować życie, zmuszony był opuścić rodzinne strony. Osiadł w Olszewce gm. Sośno w woj. zachodniopomorskiem.

Z wielką satysfakcją przyjęliśmy decyzję ś.p. Jana Kumy o przekazaniu nam odznaczeń. Znajdują one miejsce w zbiorach Miejsko-Gminnej Bibliotece Publicznej w Radłowie, by zaświadczać o bohaterskich i niezwyczajnych ludziach, wywodzących się z radłowskiej ziemi.

Uroczystości pogrzebowe ś.p. Jana Kumy odbędą się 3 listopada (sobota) 2018 r. w kościele p.w. Świętego Mateusza Apostoła i Ewangelisty w Wałdowie o godz. 12:00.

Na zdj. ppor. Jan Kuma, podczas rocznicowych uroczystości Akcji „Most III” , Wał-Ruda, 2014 r.

 

Opowieść Jana Kumy

Do Armii Krajowej zostałem zwerbowany w 1942 roku. Przydzielono mnie do sekcji dywersyjnej. Dowódcą grupy był Władysław Dul „Kmicic”, a dowódcą sekcji Zdzisław Baszak „Pirat”. Ważniejsze działania to rok 1944 – udane akcje z tego okresu, w których brałem udział, to blokada Wisły (11 galarów węgla, każdy, w zależności od stanu wody, to  60-70 ton). Akcja trwała od 19 do 29 czerwca. Po zakończonej akcji węgiel przekazano okolicznym mieszkańcom.

Potem zaczęły się przygotowania do wysyłki rakiety V-2, które trwały 3 tygodnie. Podczas przygotowań zabezpieczałem radiostację. W tym czasie nastąpiła katastrofa samolotu niemieckiego z węgierską załogą. Sytuacja była na tyle niebezpieczna, że  miała miejsce w rejonie zaplanowanym na przyjęcie „Dakoty”. Zostałem wysłany, żeby zabezpieczyć gości, którzy mieli odebrać części rakiety V-2. Drogę – wraz z kolegą – pokonywaliśmy rowerem. Na trasie do szosy Biskupiec–Zabawa  w kierunku Zdrochca, wyjechał odkryty, ciężarowy samochód, a w nim uzbrojeni Niemcy. Miałem przy sobie M-pi, który wystawał z przyczepionej do ramy roweru teczki. Samochód jechał bardzo powoli, prawie zatrzymując się. Schyliłem się niby naprawiając łańcuch w rowerze i dyskretnie odbezpieczyłem granat. W razie zatrzymania byłem gotowy wysadzić się – co w tamtej chwili było rozsądniejsze, niż dać się zatrzymać. Do dziś zadaje sobie pytanie, co stałoby się z okolicznymi miejscowościami, z przekazaniem rakiety V-2. Przecież wydarzenia te miały miejsce w przeddzień przylotu!

Kolejnym moim zadaniem w tej akcji była pomoc Rettingerowi w dostaniu się do samolotu w czasie załadunku części i pasażerów. Jeden z tych ostatnich, odpowiedzialny prawdopodobnie za dostarczenie wspomnianych części, poklepał mnie po ramieniu i powiedział: „Jeżeli my zajedziemy szczęśliwie do Anglii, a wojna skończy się, wy nie będziecie pracować…” Ta wypowiedź nurtowała mnie długo po wojnie. Wtedy nikt nie zdawał sobie sprawy jaka to była ważna akcja.

W roku 1944 uczestniczyłem w spotkaniach i odbierałem gazetki. Konspiracyjny punkt odbioru, to okolice Miechowic Małych. W sierpniu 1944 roku, czekając na powstanie, należałem do zgrupowania leśnego (teren od Jadownik Mokrych, okolice Wał-Rudy, Bogumiłowic i okolicznych miejscowości, których nazw trudno pamiętać po 60 latach spędzonych na Pomorzu). W zgrupowaniu mianowany zostałem przez kapitana Kabata podoficerem.

Byłem dowódcą drużyny. Po rozwiązaniu zgrupowania leśnego przeprowadziliśmy akcje na magazyny wojskowe w Pasiece Otfinowskiej. Zabraliśmy co najmniej dwie pary koni i opróżniliśmy  magazyny. Niemcy nie mogli pojąć, że w środku wioski, przy dużej liczbie żołnierzy, można zrobić coś takiego. W czasie odwrotu wojsk niemieckich na trasie Biskupice Radłowskie – Zabawa organizowaliśmy akcje rozbrojeniowe małych grup żołnierzy i likwidowaliśmy posterunki. Ze zwykłymi żołnierzami obchodziliśmy się jak z jeńcami, -gorzej, kiedy napotkaliśmy „trupie czaszki”.

19 stycznia 1945 roku rozwiązano Armię Krajową. W tym samym czasie rozwiązano naszą sekcję dywersyjną w Przybysławicach. Broń zakopaliśmy w lesie. Dowódca powiedział: „Broń zakopana, bo nie wiadomo czy ZSRR jest z nami czy przeciw nam. Bronić się na własną rękę, wyjeżdżać, zapisać się do najgorszych diabłów, aby przeżyć! a W odpowiednim czasie się spotkamy”. Ta odpowiednia chwila to  był dopiero rok 1992, kiedy byliśmy już dziadkami i zakończyliśmy pracę zawodową.

Dwa miesiące potem generał Sierow ściągnął podstępnie  do Pruszkowa i aresztował członków podziemnego rządu RP: ostatniego komendanta,  gen. Leopolda Okulickiego, Delegata Rządu na Kraj – Jana Stanisława Jankowskiego oraz Przewodniczącego Rady Jedności Narodowej, Kazimierza Płużaka i innych. Miało to miejsce 27 marca 1945 roku. Zostali oni przewiezieni do Moskwy i umieszczeni w więzieniu na Łubiance, wszyscy z surowymi wyrokami. To ta właśnie sytuacja zmusiła mnie do zmiany toku myślenia rezygnacji z marzeń o pracy zawodowej  w wojsku lub policji. Wtedy postanowiłem poświęcić się rodzinie, pracy zawodowej, zdobyć wykształcenie.

Zawsze byłem jednak prześladowany: podczas wkroczenia Wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, skierowania listu biskupów polskich do biskupów niemieckich, zawieszenia mnie w stanie wojennym (1981) w obowiązkach służbowych (kierowanie mieszalnią pasz w Olszewce). Uważano mnie za wroga Polski Ludowej. Od decyzji o zawieszeniu – dzięki uporowi i dążeniu do prawdy –  odwołałem się i po kilku inspekcjach, mających na celu sprawdzenie stanu zarządzanej przeze mnie mieszalni, wezwano mnie do Zarządu Gminnej Spółdzielni w Sośnie. Prezes Zarządu, który skierował oskarżenia przeciwko mnie i spowodował zawieszenie, publicznie mnie przeprosił i oświadczył, że to czynniki polityczne i administracyjne nakazały mnie „wykończyć”. Obiecał również, że do końca mojej służby, nic przeciwko mnie nie zrobi. Dziś cieszę się, ze mimo różnych zawirowań byłem sobą. Żadną ideologią się nie „zaraziłem”. Byłem patriotą. Cieszy  mnie również fakt istnienia Izby Pamięci w mojej rodzinnej gminie Radłów. Właśnie do wskazanej Izby przekazuję moje odznaczenia, z nadzieją, że potomni zobaczą je w przyszłości i będą mogli powiedzieć, że Polska zawsze miała synów oddanych Ojczyźnie.

Ojciec mój, legionista Józef Kuma, ur. w 1887 r. w Przybysławicach, walczył jako ochotnik od szesnastego roku życia. Jego odznaczenia wojskowe również przekazuję do zbiorów gminy Radłów. Brat Ojca, a mój stryj, Jakub Kuma, zginął podczas pierwszej wojny światowej. Jego nazwisko jest  na pomniku w Przybysławicach.  Tak toczyły się losy rodziny Kumów. Najważniejsze jednak jest to, że następne pokolenia mogą żyć w innych warunkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

For security, use of Google's reCAPTCHA service is required which is subject to the Google Privacy Policy and Terms of Use.

I agree to these terms.